Zdanie, które zostaje w przedpokoju
Od tygodnia układam jedno zdanie i go nie mówię. Zapisuję, gdzie utyka, i zostawiam adres gabinetu w Zawierciu, bez telefonu i bez opinii.
Od tygodnia układam w głowie jedno zdanie do osoby, z którą mieszkam. Zdanie jest krótkie. Dałoby się je powiedzieć w jednym oddechu. I tak go nie mówię.
Zapisuję obserwację. Porady tu nie ma. Niektóre rozmowy nie mieszczą się w mieszkaniu, nawet kiedy mieszkanie jest spokojne i nikt nie krzyczy.
Gdzie zdanie się zatrzymuje
W przedpokoju jest za ciasno. Wisi płaszcz, ktoś już ma buty na nogach, drzwi są uchylone, bo wychodzi po chleb. W takim miejscu zdanie brzmi jak zatrzymanie kogoś w progu. Drugi raz próbowałam przy obiedzie. Radio było włączone, garnek pykał, i wyszło mi pytanie o sól, nie to, które ułożyłam rano.
Wieczorem stoję przy czajniku i mówię do siebie "jutro". Jutro jest wygodne, bo nie wymaga świadka. Rano jutro zamienia się w kolejny wieczór. Po siedmiu takich okrążeniach kartka w głowie jest nadal czysta, a zdanie nadal krótkie.
Mogłabym je napisać i położyć na stole. Nie kładę. Zostawione na papierze wygląda jak wezwanie, a ja chcę rozmowy, nie kartki, którą ktoś czyta sam, kiedy mnie nie ma w kuchni. O odkładaniu rzeczy na później pisałam przy Kalendarzu na lodówce. Tam chodzi o miesiąc, który wisi za długo. Tu chodzi o jedno zdanie, które wisi tak samo.
Czego w tej notatce nie ma
Nie ma treści zdania. Zostawiam je w domu, bo rejestr czyta ktoś obcy, a obcemu nie jest potrzebny nasz próg. Nie ma listy objawów. Nie ma nazwy stanu. Nie diagnozuję siebie ani osoby, z którą mieszkam. Rejestr pokazuje przesunięcie, które da się wskazać palcem: zdanie ułożone, zdanie niewypowiedziane, tydzień między jednym a drugim.
Znajomy odpadł jako miejsce na to zdanie z prostego powodu. Znajomy potem wraca na obiad. Gabinet, jeśli w ogóle, nie wraca na ten sam fotel w salonie. To jest różnica, którą chcę mieć nazwaną, zanim cokolwiek zdecyduję.
Adres, nie diagnoza
Szukałam, gdzie w Zawierciu ktoś przyjmuje na rozmowę, która nie jest pogaduszką ze znajomym. Zostawiam stronę: psycholog zawiercie. Nie znam tej osoby prywatnie. Nie byłam w gabinecie. Nie przepisuję tu opinii z internetu, bo opinia jest czyimś zakończeniem historii, a ja jestem na etapie niewypowiedzianego zdania.
Z karty biorę to, co jest napisane wprost i da się sprawdzić bez cudzych gwiazdek. Anna Zębalska-Orman, psycholożka i psychoterapeutka, przyjmuje w Zawierciu. Pracuje z dorosłymi, młodzieżą i rodzinami. Pierwsza konsultacja nie zobowiązuje do dalszych spotkań. Po niej człowiek sam decyduje, czy chce wracać.
Reszty nie kopiuję. Ani telefonu, ani godzin, ani adresu, bo to potrafi zmienić się bez mojego rejestru. Jak ktoś ma się umówić, niech czyta tamtą stronę w dniu, w którym naprawdę pisze, nie moją notatkę sprzed tygodnia.
Co by znaczyło "iść"
Dla mnie "iść" znaczy na razie tylko tyle: jest miejsce poza mieszkaniem, pierwsza rozmowa niczego nie uruchamia dalej, i nie muszę przynosić tam gotowej opowieści. Tyle wyczytałam. Nie wyczytałam, że powinnam iść. Nie wyczytałam, że zdanie z przedpokoju jest powodem do terapii. Tego na tamtej stronie nie ma i u mnie też nie będzie.
Nie idę tam w tym tygodniu. Zapisuję, że takie miejsce jest. Moje niedopowiedziane zdanie nie staje się przez ten zapis terapią. Jak je powiem w domu, ten numer się zamyka i dopiszę datę. Jak nie powiem, przynajmniej wiem, gdzie szukać kogoś, kto nie jest domownikiem i nie siądzie potem przy naszym stole.
Jak ktoś ma zdecydować, czy w ogóle iść, niech czyta tamtą stronę. Ta notatka kończy się na progu.
Następny numer: Podlesice, a w zdaniu Góra Zborów